Kwintesencja wolności – Camino de Santiago

Opublikowane przez MyDreamland w dniu

Camino de Santiago – co to takiego właściwie jest…

Otóż jest to pielgrzymka do grobu świętego Jakuba, który znajduje się w Santiago de Compostela w Hiszpanii. Pielgrzym sam wybiera intencje, termin, miejsce, długość oraz sposób pokonania (pieszo, konno, rowerem). Sam dba o siebie i swój „dobytek” (czyli niesie swój plecak i cały „balast” z jakim udaje się w drogę). Sam decyduje jak wygląda jego dzień i gdzie będzie spał. Pielgrzym powinien posiadać paszport pielgrzyma – credencial, gdzie dokumentuje swoją drogę w postaci pieczątek. Stempelek można otrzymać w katedrze, schronisku gdzie śpi ale również w kawiarniach czy restauracjach. Paszport taki, upoważnia do specjalnych dań dla pielgrzyma, jak również noclegu w schronisku czy hostelu po innej cenie.

Aby pielgrzymka została „zaliczona” pielgrzym powinien mieć udokumentowane minimum 100 km drogi. Idzie się szlakim oznaczonym żółtymi strzałkami i/lub muszelką. Nie potrzeba map, przewodnika ani gps’a – wystarczą wygodne buty i chęć, a droga prowadzi nas sama.

Typowego pielgrzyma łatwo rozpoznać najczęściej jest to osoba z przyjaznym usposobieniem, kijkami, plecakiem, na którym suszy się ubranie (skarpetki) i do którego przymocowana jest muszla jako „symbol jakubowy”.

Po co ludzie sami siebie tak katują?

Dlaczego tak wiele (każdego roku więcej) osób zostawia wygodne, codzienne życie, opuszcza swoją strefę komfortu i rusza w niepewną i trudną drogę… Powodów tak jak ludzi jest mnóstwo: spełnienie marzeń, chęć przygody, zdrowie, prośba, podziękowanie, pokuta, religia, duchowość, potrzeba modlitwy, refleksji, rozmyślań, poszukiwanie rozwiązania, natchnienia, terapia Są też osoby które nie wiedzą dlaczego idą, czują taką potrzebę, a podczas wędrówki dzieje się magia i odnajdują „to coś”.

Jak to się u mnie zaczęło…

Pierwsze ziarenko pomysłu zostało zasiane (podobnie jak u większości pielgrzymów) po obejrzeniu filmu „Droga życia” około 10 lat temu. Jeszcze nie byłam gotowa i temat szybko przysechł. Trzy lata temu powrócił z większą mocą, powoli kiełkował i w marcu już wiedziałam, wiedziałam, że to jest ten moment, wiedziałam, że decyzja została podjęta, wiedziałam, że nawet jeśli „przesunę” pielgrzymkę to i tak ona do mnie wróci. Wiedziałam, że to jest mój czas, czas by spakować plecak i ruszać w drogę.

W momencie uświadomienia sobie tej oczywistej oczywistości, poczułam olbrzymia ulgę, ekscytację, a równocześnie strach… Czy sobie poradzę… Wiele razy podróżowałam sama ale jednak to, to jest coś innego…

Wybór trasy też nie był super oczywisty. Zawsze myślałam, że pójdę szlakiem francuskim, a padło na Camino Portugues. Trudno było o dokładniejsze informacje na temat tej drogi, co nie dodawało otuchy, jednak stwierdziłam, że wszystkiego dowiem się na miejscu, nie ma co się nastawiać i planować. I tak w niedziele kupiłam bilet, a w środę byłam już w samolocie do Lizbony, gdzie zaczynałam swoją wędrówkę.

Pierwszy dzień był dla mnie dniem krytycznym, kryzysowym, bardzo trudnym. Zgubiłam trasę (chociaż zawsze lubiłam podchody) poszłam w prawo, a szlak wiódł w lewo. Gdy wreszcie dotarłam do schroniska jedyne o czym marzyłam to iść spać. Następnego dnia w palnie miałam iść 40 km. Ostatnie 8 (wzdłuż torów) walczyłam z umysłem, który w ekspresowym tempie podpowiadał miliony innych rozwiązań, tworzył historie, które miałyby mnie przekonać do wybrania „łatwiejszej” drogi…

MÓZG:

„podjedź pociągiem – przecież niczego nie podpisywałaś – możesz”,

„nikt się nie dowie, tylko kawałeczek,

„umrzesz tutaj”,

„jesteś pośrodku niczego”,

„nie masz siły”,

„padniesz i nawet nikt nie będzie wiedzieć”,

„nie bądź głupia, przecież to nic nie znaczy, pomóż sobie i podjedź”

Stopy paliły ale szły i wiecie co… jak już doszły to nagle odzyskały moc, mogłyby przejść spokojnie następnych 10 kilometrów.

Każdy kolejny dzień był piękny. Każda spotkana osoba była cudowna. Każda chwila była jak błogosławieństwo. Cieszyły mnie zarówno dni w deszczu jaki te w słońcu. Cieszył ból. Cieszył zmienny krajobraz, natura wiosenna, zapachy, ludzie oraz ich okazywane serce i uśmiech. Dla większości poznanych przeze mnie pielgrzymów, to nie był pierwszy raz… Początkowo patrzyłam na nich jak na wariatów – boshhh kolejne Camino??? Oszaleli?! Pierwszy raz okay – nie wiesz co Ciebie czeka, a jak już ruszyłeś to idziesz… Ale drugi i każdy kolejny raz to już wybór i totalnie świadoma decyzja… jednak z czasem człowiek wie, wie że to nie jest pierwszy i ostatni raz, wie, że to jest coś czego potrzebował, a nie był tego świadom, wie że ten ból (codziennie inny – jak loteria), nieprzespane noce, odciski, przemoknięte ciuchy, problem z praniem, wkurzający plecak, niepewność, chęć rezygnacji i walka z samym sobą to jest coś bezcennego – tylko inny pielgrzym może zrozumieć to uczucie – endorfiny duuuużo ponad stan, uaktywnia się wrażliwość, dostrzegamy małe, nawet malutkie rzeczy, duma, satysfakcja, łatwość nawiązywania znajomości, wszechobecna życzliwość, spokój – mniej więcej tak można opisać ten stan, stan, który się bardzo szanuje docenia i za którym się tęskni… Spotkałam człowieka ze Szwajcarii, który szedł 5 raz (z czego raz ze Szwajcarii) mówi że dla niego to już normalne, kiedy przychodzi wiosna to on pakuje plecak i idzie.

Camino de Santiago to totalna WOLNOŚĆ.

Masz wybór. Robisz to co chcesz, gdzie chcesz, ile chcesz, jak chcesz, kiedy chcesz, z kim chcesz. Nie ogranicza nas nic. Żyje się danym momentem, daną chwilą (co w „normalnym życiu” jest stosunkowo trudne – planujemy 5 kroków w przód), nie planuje się noclegu w stu procentach, owszem rozważa się dostępne opcje ale decyzja i tak zostaje podjęta w drodze – nigdy nie wiemy co się wydarzy, jaka będzie pogoda, czy będziemy mieli wystarczająco sił by przejść kolejnych 40 kilometrów czy 25 będzie dla nas wystarczające. Te i wiele innych niepewności daje nam totalną wolność. Cała ta jedna wielka niewiadoma okazuje się najważniejszym czynnikiem wolności. A razem wzbudzają w człowieku strach jednak gdy tylko się z nimi trochę zaprzyjaźnić stają się czymś co kochamy i za czym tęsknimy w pośpiesznym życiu codziennym.

To czas jaki możesz poświęcić tylko sobie, posłuchać co masz sobie do powiedzenia. Można pobyć ze sobą i wiele się dowiedzieć.

Czym jeszcze jest Camino de Santiago? – To LUDZIE! <3

Mieszkańcy mijanych miasteczek, pracownicy w kawiarniach, wolontariusze, opiekunowie schronisk oraz inni pielgrzymi. Niektórych tylko mijamy, innych poznajemy bliżej, a jeszcze inni dzielą z nami momenty, które zapisujemy w pamięci na dłużej. Niby wyruszamy w samotną podróż ale nigdy nie jest się osamotnionym.

Camino znaczy droga. Jest wiele możliwych dróg i wszystkie prowadza w jednym kierunku. Nie ma tej jednej „właściwej” drogi. Każda jest dobra. Wystarczy posłuchać serca i wybrać tą, która będzie nasza.

Mimo iż my pielgrzymi powtarzamy, że naszym celem jest droga, a nie samo miejsce, nikt z nas nie dopuszcza nawet takiej myśli, że może się coś wydarzyć i nie dotrze tam, gdzie sobie zaplanował dotrzeć. Końcowa stacja  jest rożna i nie zawsze jest nią Santiago – cześć osób dzieli pielgrzymkę na partie, dzięki czemu maja możliwość uczestnictwa.

A jednak  jest to łatwiejsze niż mogłoby się wydawać.

Moim założeniem był start z Lizbony, dwa dni w Porto, kolejnym etapem Santiago de Compostella, a następnie Fisterra i Muxia. Po drodze zaczęły się pojawiać pomysły kontynuacji drogą Camino del Norte (bo przecież mi maaało…) życie zadecydowało inaczej… Ugryzł mnie pies, byłam w szpitalu, myślałam, że wszystko jest okay, po czym przeszłam kolejnych 20 kilometrów. Ból był olbrzymi, a ja byłam gotowa kontynuować swoją drogę – przecież boli mnie ręka, nie noga. I tak po przejściu 720 kilometrów, widząc oczami wyobraźni „metę” do której zostało mniej niż 100 km następnego dnia zdecydowałam kupić bilet do Polski (wygrał rozsądek). Są rzeczy ważne i ważniejsze. 

Podczas wędrówki człowiek sporo dowiaduje się o samym sobie, uczy pokory, dostrzega rzeczy jakich wcześniej nawet nie był świadom, odnajduje wewnętrzną moc i szokuje sam siebie jak wiele potrafi znieść. To jak się zmienia czyni tą podróż wyjątkową – podróżą do wnętrza siebie. W człowieku zachodzą procesy i zmiany, za które jest światu wdzięczny i nigdy już nie będzie taki (a przynajmniej nie chce być) jaki był przed tym pierwszym małym kroczkiem.

Kiss & LoVe
Ula

Jeżeli kiedykolwiek myśl o tej drodze zasiała ziarenko w Twoim umyśle to wiedz, że ono kiełkuje i jak tylko przyjdzie Twój czas, będziesz wiedzieć. Zbierz wewnętrzną odwagę, ucisz strachy i ruszaj, a gwarantuje Tobie, że żałować nie będziesz…

AaaaaaaaAaaa – jeszcze jedno – od mojego powrotu minęło 1,5 miesiąca, a stopy nadal dochodzą do siebie – mimo to było warto:)


11 Komentarzy

Jonasz · 21 czerwca, 2019 o 1:42 pm

Jesteś niesamowita ! 🙂 coś wspaniałego ! Masz w sobie baaardzo dużo dobrej energii i właśnie się nią podzieliłaś ! dzięki za to 🙂 Bilet kupiony, sprzęt również ! 07.08.2019—-> Camino Primitivo.

    MyDreamland · 21 czerwca, 2019 o 2:16 pm

    AaaaAa ŚWIETNIE!☺️☺️
    Dawaj czasami znaki, jakąś fotkę podeślij – będzie mi bardzo miło. A jeśli masz jeszcze jakieś wątpliwości – pytaj – jeśli mogę to pomogę
    Lekkiego plecaka i mało odcisków pozostaje mi życzyć Buźka

Dragasz · 21 czerwca, 2019 o 2:20 pm

Świetny tekst 🙂
Sam ukończyłem Camino Portugues (z Porto) w zeszłe wakacje i w pełni zgadzam się z twoją relacją 🙂 Dla mnie najpiękniejsze było poczucie braterstwa w drodze, nie liczy się skąd pochodzisz, ile masz pieniędzy ani w co wierzysz, po prostu idziesz i czujesz się wolnym 😀 Jednym z najlepszych wspomnień jakie zabrałem z Camino był pobyt w Casa da Fernanda (prywatne albergue), miejsce absolutnie magiczne 😀 Gospodyni pomimo braku miejsc pozwoliła nam rozbić namiot w ogrodzie, a gdy zobaczyła w jakim stanie są moje stopy, od razu zabrała się za ich opatrzenie : D najlepiej wspominam kolację w Casa da Fernanda, około 20 osób, każdy z innej części globy (Amerykanie, Koreańczyk, Francuzi, Niemcy, Holendrzy, Belgowie, Brazylijczyk i paru innych, którzy uciekli mi z pamięci :)) Cudowne przeżycie, otwierające na drugiego człowieka.
Zbiór doświadczeń z Camino wydaje mi się wręcz receptą na nienawiść tego świata 😀

    MyDreamland · 24 czerwca, 2019 o 12:27 pm

    Gratuluję:)
    Mam identyczne odczucia!
    Temat otwartości serca i dobroci zasługuje na osobny wpis:)

Ania · 21 czerwca, 2019 o 3:03 pm

Ulcia, dla mnie jesteś „un poco loco” :)))) Uwielbiam Twoja radość!

    MyDreamland · 24 czerwca, 2019 o 12:28 pm

    Jestem, jestem:D Buuuuuuziaki

Wojtek · 21 czerwca, 2019 o 7:41 pm

Jeśli chce się przeżyć Camino to nie warto publikować z niego zdjęć, relacji, etc. Bo i po co???

    MyDreamland · 24 czerwca, 2019 o 1:02 pm

    Nie ma recepty jak trzeba, powinno się lub nie powinno się przeżyć Camino – i właśnie to jest w nim najpiękniejsze – wolność.
    Tak jak napisałam nie ma jednej, właściwej drogi – każdy z nas jest inny, idzie z innego powodu lub w innym celu, co nie znaczy, że gorszym bądź lepszym. To tak jakby powiedzieć, że jeśli się chce przeżyć Camino nie warto iść z kimś bo i po co???
    Jedni idą sami, inni w parze, jeszcze inni w grupie…
    Jedni idą wiosną, inni latem, a jeszcze inni jesienią…
    Jedni słuchają muzyki, inni swojego mózgu, a jeszcze inni natury…
    Jedni idą wolno, inni szybko…
    Jedni rozmawiają, inni nie…
    Jedni śpią w hotelu, inni nie…
    Jedni wstają rano, inni nie…
    Jedni przebijają odciski, inni nie…;)
    Jedni robią zdjęcia, inni nie…

    Kiedyś nie robiłam zdjęć, uważałam to za „psucie chwili” – dzisiaj są dla mnie bardzo WAŻNE.
    Mam swoje poczucie misji i nie wymagam od nikogo by je rozumiał. Możliwość podzielenia się tym, jak piękne jest Camino de Santiago i uczucia mu towarzyszące napełnia moje serducho i jeżeli zainspiruje chociaż jedną osobę, w jakikolwiek sposób jest warte każdej minutki poświęconej na zrobienie zdjęcia – do których btw uwielbiam wracać, przywoływać uczucia towarzyszące danej chwili i z dumą patrzeć – udało się, to nie sen, ZROBIŁAM TO!
    Sama dowiedziałam się o Camino z filmu, a przed wyjazdem „przeszukiwałam internet” w poszukiwaniu dokładniejszych informacji – dzielenie się jest dobre:)

Monia · 24 czerwca, 2019 o 1:16 pm

To już masz check bo mnie zainspirowałaś…
With love

sawaspu · 20 sierpnia, 2019 o 10:03 pm

Mnie ciekawi czy jeszcze raz spróbujesz dojść do mety. Pozdrawiam Cię najmocniej.

    MyDreamland · 21 sierpnia, 2019 o 2:14 pm

    Jasne, mini plan pojawił się jeszcze zanim wróciłam 🙂
    Buuuuuziaki ;*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *